poniedziałek, 5 lutego 2018

Co śmierdzący król i cwane kocury mają wspólnego z Madrytem?

Sandra Dalkowska

Legendy o Madrycie

Ale jak to, ale o co w ogóle chodzi?

Niedawno miałam przyjemność spędzić w Madrycie trzy miesiące i pamiętając o was nie wróciłam z tej podróży z pustymi rękoma! Zabrałam ze sobą opowieści, ciekawostki i legendy zasłyszane u lokalnych. A tych w całej Hiszpanii mnóstwo! Dzisiaj pominiemy słynną "Czarną legendę" która w XVI wieku stawiała słoneczny kraj w złym świetle i przyjrzymy się weselszym podaniom, które podczas mojej podróży opowiadano mi w stolicy!

Kim są Los Gatos?
Kocie umiejętności mogą być pomocne przy unikaniu podatków!
Los Gatos
Los Gatos w j. hiszpańskim oznacza "koty".

Jeżeli usłyszysz kogoś mówiącego o "los gatos" prawdopodobnie nie chodzi o futrzane zwierzaki, a o rodowitych mieszkańców Madrytu. Skąd jednak ten przydomek? Wbrew pozorom to nie dlatego, że lubią długo spać (ach te sjesty) i ich życie ewidentnie zaczyna się nocą (i te fiesty!) Co więcej nie każdy mieszkaniec miasta to Kocur, o co więc chodzi? Odpowiedź możemy odnaleźć w legendach, które chętnie są tu powtarzane.

Aby zrozumieć gdzie znajduje się źródło tego przezwiska musimy cofnąć się do początku XI wieku, kiedy Madryt, znany wtedy jako Mayrit, należał do Maurów. Muzułmańskie miasto, które otoczone było wysokim murem, w przeszłości wielokrotnie próbowano odbić, jednak bez powodzenia. Wszystko zmieniło się w 1085 roku, kiedy wojsko króla Alfonso VI dostało się pod mury miasta i w ukryciu oczekiwało tam aby zaskoczyć wroga.

W tym czasie jeden z żołnierzy króla zaczął wspinać się na wysokie mury miasta, wspomagając się jedynie sztyletem, którym rył otwory ułatwiające mu uchwycenie się powierzchni. Dostając się na szczyt zerwał muzułmańską flagę, w jej miejsce wtykając chorągiew królewską. Ten brawurowy czyn zwiększył morale armii i ostatecznie pomógł zdobyć miasto, które znajdowało się pod rządami wroga. Dzielny żołnierz stał się bohaterem, a koledzy z wojska z miejsca zaczęli wołać na niego 'Gato' - ponieważ wspiął się na mur z prawdziwie kocim sprytem, cicho i precyzyjnie.
Później tym samym przydomkiem nazywano również rodzinę śmiałka, a z czasem przekształcił się w pełnoprawne, hiszpańskie nazwisko. Dzisiaj używany jako określenia dla Madrytczyków.

Druga legenda, którą opowiedziano mi podczas wycieczki po Madrycie, ma mniej podniosły charakter. Podania głoszą, że aby przejść przez bramę prowadzącą do miasta, należało zapłacić podatek. Okazuje się, że już w zamierzchłych czasach ludzie próbowali unikać podatków i aby przedostać się do miasta wdrapywali się po murach niczym kocury. Punkt za kreatywność! Na widok cwaniaków ludzie z obrzydzeniem krzyczeli "el gato". Nie trudno zgadnąć, że w ówczesnych czasach określenie było obelgą za tak niskie zachowanie.

Dziś jednak mieszkańcy, których nazwać można "los Gatos" są dumni z tego tytułu.
Czemu? Prawdziwy madrycki kocur, to osoba która nie tylko urodziła się w Madrycie, ale zarówno oboje rodziców przyszło na świat właśnie w stolicy. W czasach gdy miasto niczym magnes przyciąga ludzi z różnych części Hiszpanii, ciężko spotkać prawdziwego Gato.

Skąd wywodzi się tapas?
Pijani robotnicy, drinki na plaży i dwóch zamieszanych w to króli....
Tapas historia
Za skomercjalizowaną dziś nazwą nie stoi jedna potrawa, a raczej typ przekąsek, czy wręcz sposób ich jedzenia i cała związana z nim tradycja. Wiemy, że korzeni Tapasu należy szukać w Hiszpanii, ale kto, kiedy i w jaki sposób wpadł na taki pomysł? 

Tapas - czyli niewielka przekąska podawana jako akompaniament do napojów (głównie alkoholowych) w barach. Każdy rodzaj jedzenia może zostać nazwany tapasem, dopóki podawany jest w małej porcji jako przegryzka do alkoholu. Z założenia powinien być serwowany nieodpłatnie, dzisiaj jednak różnie z tym bywa. Nie znajdziesz go w restauracjach, Hiszpan nie zaserwuje go również w domu. 

W języku hiszpańskim słowo tapa oznacza pokrywę/wieko. Zgodnie z hiszpańską tradycją tapas należy jeść na stojąco, tak więc wykorzystanie małego talerzyka bądź pajdy chleba jako wieczka dla szklanki było po prostu wygodnym rozwiązaniem. W końcu gdzie indziej to odłożyć? Dodatkowo tak umiejscowiony plaster kiełbasy czy chleba spełniał świetną rolę zabezpieczając napój przed muchami i zanieczyszczeniami.

Kto więc zapoczątkował tę tradycję?

Popularna legenda sięga czasów króla Filipa III i jego próby walki z pijaństwem wśród klasy robotniczej.
W czasach gdy picie wina było bezpieczniejsze niż wody, pracujący w upale spragnieni robotnicy upijali się szybko, a ich praca nie była wydajna. Król chcąc aby budowniczy działali efektywniej, zarządził, że każdy karczmarz ma obowiązek do wina podać darmową rację żywieniową. Wiedząc, że łączenie jedzenia z alkoholem niweluje jego przykre skutki, postanowił zapełnić robotnicze brzuchy.
Gdy świadomi swoich nowych praw robotnicy upominali się o obiecane racje żywieniowe, zirytowani karczmarze zbierali małe kawałki jedzenia; to kawałek kiełbasy, to sera, czy chleba - aby spełnić rozkaz króla, ale za dużo na tym nie stracić.

Inne podania o korzeniach tapasu idą tropem hasła, że jego domem jest Andaluzja i dotyczą króla Alfonso X. Podczas jednej z wizyt w Cadiz, miał się on zatrzymać w tawernie przy plaży na kielich wina. Ponieważ tego dnia było dość wietrznie, sługa postanowił przykryć szklankę plastrem kiełbasy, aby piach nie dostał się do królewskiego napoju. Przystawka podana w ten sposób zaciekawiła króla. Uznając, że forma podania jest bardzo praktyczna, chciał ją rozpowszechnić na swoim dworze. 

Która legenda jest bliższa prawdy? Decyzję pozostawiam wam! Biorąc pod uwagę znaczenia słowa "tapas" i sposób jego spożywania w obu można doszukiwać się ziarnka prawdy :)

Czy pomnik Filipa III był przeklęty?
O tym jak smród uratował statuę przed nacjonalistami
Pomnik Filipa III
Spokojnie kroczący koń, a na nim dumnie prezentujący się król. Ciężko nie zauważyć pomnika Filipa III Habsburga, zdobiącego słynny plac "Plaza Mayor". Stworzona w 1616 roku przez Giabologna  rzeźba przez długi czas cieszyła się jednak złą sławą - przez dekady mieszkańcy Madrytu szeptali, że pomnik jest... przeklęty.  Piękny monument przedstawiający dumnego króla niemiłosiernie śmierdział. Mijały lata przez które nikt nie potrafił zwalczyć czy chociażby odnaleźć przyczyny smrodu, który według opowieści był nie do zniesienia. Z czasem uznano, że zapachowi winne są złe dusze zaklęte w monumencie, ponieważ rządy Filipa III, mówiąc delikatnie, nie należały do najlepszych. Nazywany nieistotnym człowiekiem i mizernym monarchą, król będąc manipulowanym przez swoich "doradców" w dużej mierze przyczynił się do utraty potęgi, jaką było imperium pozostawione mu przez ojca, Filipa II - wtedy największe terytorialnie państwo.

Tajemnica "Śmierdzącego Filipa" pozostała nieodkryta aż do czasów dyktatury Franco. Wtedy też wszystkie relikty i posągi które przedstawiały hiszpańską monarchię, miały zostać pozbawione twarzy bądź zniszczone. Pomnik Filipa III nie był wyjątkiem i został zdjęty z cokołu, jednak to co przez lata było źródłem przykrego zapachu, ostatecznie uratowało go przed zniszczeniem.

Gdy przy pierwszej próbie zdemolowania pomnika wandale wysadzili brzuch konia, setki malutkich kości rozsypało się wokół po placu. Przerażeni chuligani wierząc w przekazy o boskiej genezie monarchów uznali, że pomnik chroniony jest przez siły nadnaturalne, a kości należą do dusz chroniących króla - odmówili dalszej pracy. Z czasem okazało się, że kostki należały do małych ptaków, co rozwiązuje zagadkę przykrego zapachu.

Ale halo halo!
Jak ptaki dostały się do środka pomnika?
Odpowiedź na to pytanie uzyskano lata później, kiedy podczas reperacji pomnika odkryto, że w pysku konia znajduje się mały otwór przed który ptaki musiały wlatywać do środka, jednak ze względu na ciemność i lokalizację otworu nie były w stanie się wydostać. Zanim pomnik umieszczono w sercu Plazy Mayor, jego początkową lokacją był Casa de Campo - duży park na zachodzie Madrytu. Pozostał tam aż do 1848 roku, po czym został przeniesiony w miejsce, gdzie stoi do dziś.

Wyobraźcie sobie więc, że przez ponad 200 lat pomnik był cmentarzyskiem dla ptaków, po czym został przetransportowany na plac, gdzie stał na otwartym słońcu. Nagrzewany przez całe dnie był niczym piekarnik dla znajdujących się w środku szczątków, co wiele mówi w kwestii smrodu.

Zapewniam was, że dzisiaj pomnik nie śmierdzi i nie jest zagrożeniem dla biednych ptaków. Podczas rekonstrukcji zamknięto otwór w pysku konia.

O co chodzi z tym niedźwiedziem?
Co gwiazdozbiór ma wspólnego z symbolem miasta?
Herb Madrytu znaczenie

Plac Puerta de Sol jest domem dla rzeźby "niedźwiedzia z drzewem truskawkowym" (U nas znanym jako "Chruścina jagodna"), który jest ikoną Madrytu i ulubieńcem turystów.

Mówi się, że wykonana w 1967 roku figura początkowo posiadała męskie atrybuty, które z czasem zostały usunięte ze względów estetycznych, przez co powstało mylne stwierdzenie, że w założeniu miał to być Pan Niedźwiedź. Nie ma jednak potwierdzenia dla tej teorii i uważa się, że na cokole stoi Niedźwiedzica i taka była też intencja - ponieważ jest symbolem płodności i obfitości, a ponadto gości w herbie od zamierzchłych czasów.

A dokładniej od początku XIII wieku. W 1212 roku otaczało ją siedem gwiazd konstelacji Ursa Major znanej nam jako "Wielka Niedźwiedzica". Symbol może mieć związek z nazwą "Ursaria" (z łac. ziemia niedźwiedzi) którą nadano Madrytowi w okresie imperium rzymskiego, ponieważ tereny otaczające miasto były zamieszkiwane przez niedźwiedzie.

Drzewko truskawkowe, licznie porastające lasy wokół Madrytu, zostało dodane w 1222 roku, kiedy to według legendy spór między kościołem a zarządem miasta został zażegnany przez Króla Alfonso IX. Legenda głosi, że obie strony miały roszczenia do lasów i pól wokół miasta, ponieważ były bogate w zwierzynę i zasoby. Król zadecydował, że grunt oraz rośliny należeć będą do miasta, podczas gdy zwierzęta do kościoła - wtedy obie grupy będą dbać o teren.

Od tego czasu niedźwiedzica miała stać się symbolem kościoła, a drzewko truskawkowe monarchii - które wspólnie dbają o dobro miasta.

Dzisiaj na próżno szukać wokół miasta niedźwiedzi. W średniowieczu występujące licznie okazały się problemem dla miasta i były systematycznie wystrzeliwane, teraz gatunek jest na wymarciu. Drzewka truskawkowe natomiast znalazły wykorzystanie jako drzewo do rozpałki.

*** 

Sandra Dalkowska / autorka

Cześć, nazywam się Sandra i jestem 23-letnią podróżniczką i modelką. Zamiast siedzieć na uczelni błąkam się po świecie przyglądając się miejscom, ludziom i obcym kulturom. Uznałam, że w sumie warto napisać o tym wszystkim bloga.

2 komentarze:

  1. Wow, kolejna inspirująca postać blogosfery. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, podziwiam, że chciało ci się to pisać i tak idealnie opowiedzieć historię. Niesamowite! Wielkie gratulacje

    OdpowiedzUsuń