Czego nauczyłam się w trakcie roku na walizkach?
20 rzeczy, których nauczyłam się o podróżowaniu w trakcie 2016 roku. To był rok który rozpoczął się niespodziewaną przygodą i zaskakiwał mnie aż do ostatniego miesiąca. Możliwość spędzenia prawie dwunastu miesięcy poza domem w najróżniejszych zakątkach świata to wyjątkowa szkoła życia.
10 stycznia 2017
Co śmierdzący król i cwane kocury mają wspólnego z Madrytem?
Jak kocie umiejętności mogą pomóc przy unikaniu podatków? Gdzie należy szukać korzeni tapasu? Odpowiedzi na te pytania należy szukać w hiszpańskich legendach!
5 lutego 2018
Niemowlaki na skuterach i inne absurdy ruchu drogowego Jakarty
Jak działa "magiczna ręka", ilu Indonezyjczyków zmieści się na jednym skuterze, dlaczego korki w stolicy to katastrofa? Odpowiedź na te i kilka innych pytań o jeździe po ulicach Jakarty.
26 grudnia 2016
Jak tanio podróżować?
Niektórzy wyruszają szukać przygody bez pieniędzy, ale ostatecznie aby ją kontynuować po drodze w jakiś sposób muszą zdobyć środki. Jednak to, że za darmo nie można, nie jest wymówką dla rezygnacji z podróżowania. W dzisiejszych czasach tanich lotów, couchsurfingu czy aplikacji z promocjami wycieczki nie są już rozrywką zarezerwowaną dla bogaczy.
21 stycznia 2018

poniedziałek, 5 lutego 2018

Co śmierdzący król i cwane kocury mają wspólnego z Madrytem?

Sandra Dalkowska

Legendy o Madrycie

Ale jak to, ale o co w ogóle chodzi?

Niedawno miałam przyjemność spędzić w Madrycie trzy miesiące i pamiętając o was nie wróciłam z tej podróży z pustymi rękoma! Zabrałam ze sobą opowieści, ciekawostki i legendy zasłyszane u lokalnych. A tych w całej Hiszpanii mnóstwo! Dzisiaj pominiemy słynną "Czarną legendę" która w XVI wieku stawiała słoneczny kraj w złym świetle i przyjrzymy się weselszym podaniom, które podczas mojej podróży opowiadano mi w stolicy!

Kim są Los Gatos?
Kocie umiejętności mogą być pomocne przy unikaniu podatków!
Los Gatos
Los Gatos w j. hiszpańskim oznacza "koty".

Jeżeli usłyszysz kogoś mówiącego o "los gatos" prawdopodobnie nie chodzi o futrzane zwierzaki, a o rodowitych mieszkańców Madrytu. Skąd jednak ten przydomek? Wbrew pozorom to nie dlatego, że lubią długo spać (ach te sjesty) i ich życie ewidentnie zaczyna się nocą (i te fiesty!) Co więcej nie każdy mieszkaniec miasta to Kocur, o co więc chodzi? Odpowiedź możemy odnaleźć w legendach, które chętnie są tu powtarzane.

Aby zrozumieć gdzie znajduje się źródło tego przezwiska musimy cofnąć się do początku XI wieku, kiedy Madryt, znany wtedy jako Mayrit, należał do Maurów. Muzułmańskie miasto, które otoczone było wysokim murem, w przeszłości wielokrotnie próbowano odbić, jednak bez powodzenia. Wszystko zmieniło się w 1085 roku, kiedy wojsko króla Alfonso VI dostało się pod mury miasta i w ukryciu oczekiwało tam aby zaskoczyć wroga.

W tym czasie jeden z żołnierzy króla zaczął wspinać się na wysokie mury miasta, wspomagając się jedynie sztyletem, którym rył otwory ułatwiające mu uchwycenie się powierzchni. Dostając się na szczyt zerwał muzułmańską flagę, w jej miejsce wtykając chorągiew królewską. Ten brawurowy czyn zwiększył morale armii i ostatecznie pomógł zdobyć miasto, które znajdowało się pod rządami wroga. Dzielny żołnierz stał się bohaterem, a koledzy z wojska z miejsca zaczęli wołać na niego 'Gato' - ponieważ wspiął się na mur z prawdziwie kocim sprytem, cicho i precyzyjnie.
Później tym samym przydomkiem nazywano również rodzinę śmiałka, a z czasem przekształcił się w pełnoprawne, hiszpańskie nazwisko. Dzisiaj używany jako określenia dla Madrytczyków.

Druga legenda, którą opowiedziano mi podczas wycieczki po Madrycie, ma mniej podniosły charakter. Podania głoszą, że aby przejść przez bramę prowadzącą do miasta, należało zapłacić podatek. Okazuje się, że już w zamierzchłych czasach ludzie próbowali unikać podatków i aby przedostać się do miasta wdrapywali się po murach niczym kocury. Punkt za kreatywność! Na widok cwaniaków ludzie z obrzydzeniem krzyczeli "el gato". Nie trudno zgadnąć, że w ówczesnych czasach określenie było obelgą za tak niskie zachowanie.

Dziś jednak mieszkańcy, których nazwać można "los Gatos" są dumni z tego tytułu.
Czemu? Prawdziwy madrycki kocur, to osoba która nie tylko urodziła się w Madrycie, ale zarówno oboje rodziców przyszło na świat właśnie w stolicy. W czasach gdy miasto niczym magnes przyciąga ludzi z różnych części Hiszpanii, ciężko spotkać prawdziwego Gato.

Skąd wywodzi się tapas?
Pijani robotnicy, drinki na plaży i dwóch zamieszanych w to króli....
Tapas historia
Za skomercjalizowaną dziś nazwą nie stoi jedna potrawa, a raczej typ przekąsek, czy wręcz sposób ich jedzenia i cała związana z nim tradycja. Wiemy, że korzeni Tapasu należy szukać w Hiszpanii, ale kto, kiedy i w jaki sposób wpadł na taki pomysł? 

Tapas - czyli niewielka przekąska podawana jako akompaniament do napojów (głównie alkoholowych) w barach. Każdy rodzaj jedzenia może zostać nazwany tapasem, dopóki podawany jest w małej porcji jako przegryzka do alkoholu. Z założenia powinien być serwowany nieodpłatnie, dzisiaj jednak różnie z tym bywa. Nie znajdziesz go w restauracjach, Hiszpan nie zaserwuje go również w domu. 

W języku hiszpańskim słowo tapa oznacza pokrywę/wieko. Zgodnie z hiszpańską tradycją tapas należy jeść na stojąco, tak więc wykorzystanie małego talerzyka bądź pajdy chleba jako wieczka dla szklanki było po prostu wygodnym rozwiązaniem. W końcu gdzie indziej to odłożyć? Dodatkowo tak umiejscowiony plaster kiełbasy czy chleba spełniał świetną rolę zabezpieczając napój przed muchami i zanieczyszczeniami.

Kto więc zapoczątkował tę tradycję?

Popularna legenda sięga czasów króla Filipa III i jego próby walki z pijaństwem wśród klasy robotniczej.
W czasach gdy picie wina było bezpieczniejsze niż wody, pracujący w upale spragnieni robotnicy upijali się szybko, a ich praca nie była wydajna. Król chcąc aby budowniczy działali efektywniej, zarządził, że każdy karczmarz ma obowiązek do wina podać darmową rację żywieniową. Wiedząc, że łączenie jedzenia z alkoholem niweluje jego przykre skutki, postanowił zapełnić robotnicze brzuchy.
Gdy świadomi swoich nowych praw robotnicy upominali się o obiecane racje żywieniowe, zirytowani karczmarze zbierali małe kawałki jedzenia; to kawałek kiełbasy, to sera, czy chleba - aby spełnić rozkaz króla, ale za dużo na tym nie stracić.

Inne podania o korzeniach tapasu idą tropem hasła, że jego domem jest Andaluzja i dotyczą króla Alfonso X. Podczas jednej z wizyt w Cadiz, miał się on zatrzymać w tawernie przy plaży na kielich wina. Ponieważ tego dnia było dość wietrznie, sługa postanowił przykryć szklankę plastrem kiełbasy, aby piach nie dostał się do królewskiego napoju. Przystawka podana w ten sposób zaciekawiła króla. Uznając, że forma podania jest bardzo praktyczna, chciał ją rozpowszechnić na swoim dworze. 

Która legenda jest bliższa prawdy? Decyzję pozostawiam wam! Biorąc pod uwagę znaczenia słowa "tapas" i sposób jego spożywania w obu można doszukiwać się ziarnka prawdy :)

Czy pomnik Filipa III był przeklęty?
O tym jak smród uratował statuę przed nacjonalistami
Pomnik Filipa III
Spokojnie kroczący koń, a na nim dumnie prezentujący się król. Ciężko nie zauważyć pomnika Filipa III Habsburga, zdobiącego słynny plac "Plaza Mayor". Stworzona w 1616 roku przez Giabologna  rzeźba przez długi czas cieszyła się jednak złą sławą - przez dekady mieszkańcy Madrytu szeptali, że pomnik jest... przeklęty.  Piękny monument przedstawiający dumnego króla niemiłosiernie śmierdział. Mijały lata przez które nikt nie potrafił zwalczyć czy chociażby odnaleźć przyczyny smrodu, który według opowieści był nie do zniesienia. Z czasem uznano, że zapachowi winne są złe dusze zaklęte w monumencie, ponieważ rządy Filipa III, mówiąc delikatnie, nie należały do najlepszych. Nazywany nieistotnym człowiekiem i mizernym monarchą, król będąc manipulowanym przez swoich "doradców" w dużej mierze przyczynił się do utraty potęgi, jaką było imperium pozostawione mu przez ojca, Filipa II - wtedy największe terytorialnie państwo.

Tajemnica "Śmierdzącego Filipa" pozostała nieodkryta aż do czasów dyktatury Franco. Wtedy też wszystkie relikty i posągi które przedstawiały hiszpańską monarchię, miały zostać pozbawione twarzy bądź zniszczone. Pomnik Filipa III nie był wyjątkiem i został zdjęty z cokołu, jednak to co przez lata było źródłem przykrego zapachu, ostatecznie uratowało go przed zniszczeniem.

Gdy przy pierwszej próbie zdemolowania pomnika wandale wysadzili brzuch konia, setki malutkich kości rozsypało się wokół po placu. Przerażeni chuligani wierząc w przekazy o boskiej genezie monarchów uznali, że pomnik chroniony jest przez siły nadnaturalne, a kości należą do dusz chroniących króla - odmówili dalszej pracy. Z czasem okazało się, że kostki należały do małych ptaków, co rozwiązuje zagadkę przykrego zapachu.

Ale halo halo!
Jak ptaki dostały się do środka pomnika?
Odpowiedź na to pytanie uzyskano lata później, kiedy podczas reperacji pomnika odkryto, że w pysku konia znajduje się mały otwór przed który ptaki musiały wlatywać do środka, jednak ze względu na ciemność i lokalizację otworu nie były w stanie się wydostać. Zanim pomnik umieszczono w sercu Plazy Mayor, jego początkową lokacją był Casa de Campo - duży park na zachodzie Madrytu. Pozostał tam aż do 1848 roku, po czym został przeniesiony w miejsce, gdzie stoi do dziś.

Wyobraźcie sobie więc, że przez ponad 200 lat pomnik był cmentarzyskiem dla ptaków, po czym został przetransportowany na plac, gdzie stał na otwartym słońcu. Nagrzewany przez całe dnie był niczym piekarnik dla znajdujących się w środku szczątków, co wiele mówi w kwestii smrodu.

Zapewniam was, że dzisiaj pomnik nie śmierdzi i nie jest zagrożeniem dla biednych ptaków. Podczas rekonstrukcji zamknięto otwór w pysku konia.

O co chodzi z tym niedźwiedziem?
Co gwiazdozbiór ma wspólnego z symbolem miasta?
Herb Madrytu znaczenie

Plac Puerta de Sol jest domem dla rzeźby "niedźwiedzia z drzewem truskawkowym" (U nas znanym jako "Chruścina jagodna"), który jest ikoną Madrytu i ulubieńcem turystów.

Mówi się, że wykonana w 1967 roku figura początkowo posiadała męskie atrybuty, które z czasem zostały usunięte ze względów estetycznych, przez co powstało mylne stwierdzenie, że w założeniu miał to być Pan Niedźwiedź. Nie ma jednak potwierdzenia dla tej teorii i uważa się, że na cokole stoi Niedźwiedzica i taka była też intencja - ponieważ jest symbolem płodności i obfitości, a ponadto gości w herbie od zamierzchłych czasów.

A dokładniej od początku XIII wieku. W 1212 roku otaczało ją siedem gwiazd konstelacji Ursa Major znanej nam jako "Wielka Niedźwiedzica". Symbol może mieć związek z nazwą "Ursaria" (z łac. ziemia niedźwiedzi) którą nadano Madrytowi w okresie imperium rzymskiego, ponieważ tereny otaczające miasto były zamieszkiwane przez niedźwiedzie.

Drzewko truskawkowe, licznie porastające lasy wokół Madrytu, zostało dodane w 1222 roku, kiedy to według legendy spór między kościołem a zarządem miasta został zażegnany przez Króla Alfonso IX. Legenda głosi, że obie strony miały roszczenia do lasów i pól wokół miasta, ponieważ były bogate w zwierzynę i zasoby. Król zadecydował, że grunt oraz rośliny należeć będą do miasta, podczas gdy zwierzęta do kościoła - wtedy obie grupy będą dbać o teren.

Od tego czasu niedźwiedzica miała stać się symbolem kościoła, a drzewko truskawkowe monarchii - które wspólnie dbają o dobro miasta.

Dzisiaj na próżno szukać wokół miasta niedźwiedzi. W średniowieczu występujące licznie okazały się problemem dla miasta i były systematycznie wystrzeliwane, teraz gatunek jest na wymarciu. Drzewka truskawkowe natomiast znalazły wykorzystanie jako drzewo do rozpałki.

*** 

niedziela, 21 stycznia 2018

Jak tanio podróżować? Sposoby na tanie wakacje

Sandra Dalkowska
tanie wakacje

- Sandra, ale Ci zazdroszczę, też chciałbym tak podróżować...

- No to podróżuj
- Jak będę mieć hajs to zacznę

Także no. Ile to już razy słyszałam jak moi znajomi snują marzenia o podróżach, a gdy tylko zachęcę ich do działania bronią się faktem, że funduszy brak, że życie studenckie, trochę bida i skoro nie ma na piwo to tym bardziej na zwiedzanie Rzymu.

I co tu zrobić? Ograniczać swoje eskapady do tych palcem po mapie, czy ogarnąć się, zarobić kilka groszy i uświadomić sobie jeden ważny fakt:

Możesz podróżować tanio

Na pytanie, które ma rekordową liczbę zapytań  "Jak podróżować za darmo?"
Odpowiadam - Nie da się, nic nie ma za darmo. Czy jak to się u nas mówiło, za darmo można dostać tylko w mordę.

Owszem, niektórzy wyruszają szukać przygody bez pieniędzy, ale ostatecznie aby ją kontynuować po drodze w jakiś sposób muszą zdobyć środki. Jednak to, że za darmo nie można, nie jest wymówką dla rezygnacji z podróżowania. W dzisiejszych czasach tanich lotów, couchsurfingu czy aplikacji z promocjami wycieczki nie są już rozrywką zarezerwowaną dla bogaczy.

Mam już za sobą kilka krótszych i dłuższych podróży, sporo błędów na których się nauczyłam i sporo wniosków, których wysnucie ułatwia mi podróżowanie teraz. Postanowiłam więc zebrać rady, które chętnie przekazałabym Sandrze z przeszłości, aby zaoszczędzić - jej stresu i oczywiście pieniędzy.

Jak samodzielnie zorganizować tanie wakacje?


1. Planuj z wyprzedzeniem

Spontan jest super i przybijam piąteczkę wszystkim osobom, które o północy potrafią wpaść na pomysł o wyruszeniu w świat i rano być już w drodze w nieznane. Albo chociaż na S7, pędząc do Radomia. Zdarzyło się i mi, ale raczej na mniejszą skalę i krótszy dystans (trochę dalej niż Radom), bo na więcej zawartość kieszeni w danym momencie nie pozwalała.

Szukając lotów z dużym wyprzedzeniem, możemy znaleźć okazyjne oferty i za lot w dwie strony zapłacić mniej niż 100 czy 50zł. Korzystaj z wyszukiwarek lotów takich jak skyscanner.pl - umożliwiają sprawdzenie jak ceny rozkładają się w różnych miesiącach bądź po prostu sugerują najtańszy miesiąc. Polecam też portal fly4free.pl - autorzy  na bieżąco wynajdują dla nas super oferty.

Jeden haczyk - niektóre ceny są tak niskie, bo lot odbędzie się za trzy albo sześć miesięcy, więc trzeba sobie wszystko dość wcześnie zaplanować. Moja rada? Jeśli widzisz super okazję, kup bilet! Jeżeli nie masz pewności, że w danym terminie podróż będzie niemożliwa, zaryzykuj. Świadomość, że lot jest już zarezerwowany zmotywuje Cię do uzgodnienia urlopu, czy ustawienia swojego planu tak, aby podróż się odbyła. 


2. Korzystaj z darmowych atrakcji turystycznych, zwiedzaj muzea bezpłatnie

Zwiedzać możesz za darmo! Wiele miast oferuje nieodpłatny wstęp do większości muzeów (np. Paryż, dla obywateli UE poniżej 26 roku życia bądź Londyn) lub wstęp na zasadzie "zapłać co łaska" popularny w Nowym Jorku - muzeum sugeruje cenę, ale to od Ciebie zależy ile zapłacisz. Jeżeli możesz dać tylko dolara czy dwa, nikt krzywo na Ciebie nie spojrzy.

W wielu krajach muzea oferują darmowy wstęp raz w miesiącu (znów Paryż, dla osób spoza UE i tych powyżej 26 roku życia) lub tygodniu (np. muzea w Madrycie, Barcelonie)

W dni darmowego wstępu może być tłoczno! Przyjdź 30-60min wcześniej i zajmij miejsce, lub bądź pierwszy w kolejce. Wtedy masz pewność, że wejdziesz  do środka i nie zabraknie Ci czasu na zwiedzanie.

Będąc w Madrycie, zaplanowałam zwiedzanie Prado na piątkowy wieczór (muzeum oferuje darmowy wstęp od godziny 18) Na miejsce dotarłam chwilę po 18, trochę za późno - kolejka ciągnęła się dookoła muzeum i mimo długiego czekania nie udało mi się już wejść.

Jeżeli chcesz poznać historię miasta i usłyszeć kilka ciekawostek z nim związanych, wybierz się na pieszą wycieczkę z przewodnikiem! "Free walking tours" znajdziesz w prawie każdym mieście będącym destynacją turystyczną. Prowadzone są w języku angielskim, trwają zwykle około 2h i działają na zasadzie "zapłać ile chcesz" - Ja je uwielbiam! Póki co ludzie którzy mnie oprowadzali byli młodzi i pełni pasji, a o historii mówili w mega ciekawy i lekki sposób!

Jeżeli atrakcje które Cię interesują są odpłatne i nie ma możliwości zobaczenia ich za darmo, poszukaj informacji o pakietach turystycznych albo kartach, które pozwalają zwiedzać taniej. W Londynie przy zakupie karty TRAVELCARD (do poruszania się po mieście) na STACJI KOLEJOWEJ (koniecznie tam, bilety kupione na stacji metra czy w punktach turystycznych nie są objęte promocją!) możecie skorzystać z oferty 2FOR1, która pozwala na zakup dwóch biletów na atrakcje (np. London Eye, London Aquarium czy Muzeum Figur Woskowych) w cenie jednego. Londyn do tanich nie należy, więc jeżeli podróżujesz w duecie, możesz w ten sposób zaoszczędzić kilka groszy.

3. Nie daj się oskubać na jedzeniu

Jeżeli nie chcesz zbankrutować na wakacjach, nie kupuj w restauracjach na starówkach czy w lokacjach typowo turystycznych. Kibicuję próbowaniu lokalnych specjałów i kontrolowanie wydatków wcale nie oznacza żywienia się w fast-foodach!
Chociaż niech pierwszy rzuci kamień ten, kto na emigracji nigdy nie skręcił do Maka!

Staraj się zbadać temat, zanim gdzieś polecisz. Jakie restauracje i knajpy polecają mieszkańcy? Jakie oferty zniżkowe udostępnia aplikacja La Fourchette / The Fork ? La Fourchette to po naszemu "widelec" - francuska apka pozwalające na rezerwacje stolika w restauracji z dużymi zniżkami - każda knajpa ma swoje zasady na jakich udziela promocji, zazwyczaj musisz wybrać przynajmniej przystawkę + danie główne, lub danie główne + deser. Naprawdę się opłaca! Póki co Widelec działa w 10 krajach, w tym 9 europejskich.

Będąc w Madrycie zauważyłam, że większość restauracji w ciągu tygodnia (poza weekendami) oferuje promocyjne lunche za około 10 euro - w cenie przystawka, danie główne, deser i coś do picia. Wiedząc o tym, można poprosić o "menu dnia" czyli okrojoną ofertę właśnie w tej cenie i oszczędzić w podróży.

4. Nie bój się hostelu albo... cudzej kanapy

Skuszony wyjątkowo niską ceną biletu decydujesz się na lot. Duma Cię rozpiera - w końcu po długich poszukiwaniach odkryłeś super okazję! Podekscytowany nie chcesz czekać, więc od razu bierzesz się za szukanie hotelu i tutaj... cóż, ekscytacja opada. To tak drogo? I co teraz zrobić?

Przede wszystkim - nie nastawiaj się tylko na hotele! Tańszą, a czasem nawet przytulniejszą opcją, może być airbnb.pl - jest to serwis który umożliwia udostępnienie swojej kanapy, pokoju czy pustego mieszkania pod wynajem turystom.

Minusy? Lokale udostępniane są przez właścicieli prywatnych, więc czasem tydzień bądź dwa po rezerwacji możemy dostać informację, że pokój jednak nie będzie dostępny bo córka wcześniej wróciła z Ameryki. Pieniędzy nie stracisz, ale pewność, że masz gdzie spać od momentu kliknięcia "rezerwuj" to jednak komfort.

Rejestrując się na stronach booking.com albo airbnb.pl za pomocą zapraszającego możesz zaoszczędzić:
105zł poprzez airbnb [KLIK] lub 50zł przez booking [KLIK] 
Oczywiście linki którymi się dzielę są wyprowadzone z mojego konta, więc w momencie kiedy Ty zyskasz, ja również :) Później możesz dzielić się linkiem ze swoimi znajomymi i... oszczędzać na podróżach.

Jeszcze taniej? Spróbuj hostelu! Rezerwacja pokoju prywatnego z jednym czy dwoma łóżkami zwykle w ogóle się tam nie opłaca, ale sale sypialniane nie są takie straszne, jak je malują! To świetne rozwiązanie dla osób podróżujących samotnie, albo dla dużych grup 4+ (wtedy możecie wziąć całą salę sypialnianą dla siebie i zapłacić grosze)

Jeszcze taniej?! Albo może za darmo? Pozostaje Couchsurfing! Couchsurfing to korzystanie z czyjejś kanapy, łóżka, pokoju czy kawałka podłogi bez opłat.
Osoby które udostępniają swoje mieszkania couchsurferom są zwykle bardzo otwarte na zawieranie nowych znajomości, chętnie dzielą się wiedzą o swoim kraju/mieście i mogą być świetnym towarzystwem w trakcie zwiedzania albo przy porannych pogawędkach w kuchni.


Pamiętaj aby zabrać dla swojego hosta (czyli osoby, która udostępnia Ci miejsce noclegowe ) jakiś upominek z naszego kraju. Coś słodkiego, pocztówkę, flagę, butelkę alkoholu czy co Ci tam do głowy przyjdzie. Taki mały gest to dobry sposób na podziękowanie za uprzejmość.



5. Zredukuj bagaż do niezbędnego minimum

Tanie linie lotnicze oferują loty w niskich cenach, ale za bagaż rejestrowany czasem liczą więcej, niż za sam lot. Takie życie! Jeżeli lecisz gdzieś na weekend, czy nawet na kilka dni, spakuj się w walizkę podręczną. Można! (Uwierz mi - skoro ja potrafię, to Ty tym bardziej)

 - Nie pakuj ręcznika, jeżeli wynajmujesz pokój w hotelu
 - Pełnowymiarowe kosmetyki zastąp miniaturkami (lub przelej je do specjalnych zestawów 100ml buteleczek podróżnych)
 - Ciuchy ogranicz do minimum, to co jest najcięższe lub zajmuje najwięcej miejsca, załóż na siebie
 -  NIE PAKUJ NIEPOTRZEBNYCH GŁUPOT

Jeżeli wybierasz się gdzieś na długo, albo tak jak ja, nie jesteś pewien kiedy wrócisz albo o ile pór roku zahaczysz i musisz zabrać ze sobą naprawdę (pewnie potrzebujesz mniej niż "naprawdę") dużo rzeczy staraj się nie przekroczyć dozwolonej wagi (zwykle 20-23kg)

 Ale jeżeli wiesz, że będziesz mieć więcej i serio nie potrafisz ograniczyć bagażu (Sandra podróżuje - edycja 2012), wykup drugą walizkę - nie musisz jej w rzeczywistości posiadać.

Wykupienie drugiej walizki zazwyczaj jest DUŻO tańsze niż zapłacenie za nawet 2kg nadbagażu na lotnisku. Wiele linii zezwala na łączenie wykupionego bagażu, dopóki jedna walizka nie przekracza dozwolonych ogólnie 32kg.

Ale serio, zmieścisz się w 23. Zaczęłam od podróży na kilka miesięcy z dwoma wypchanymi walizami, dzisiaj latam na zasadzie "kiedyś wrócę, nie wiem kiedy" i mieszczę się w jedną.

6. Zabierz przekąskę na lotnisko

Jeżeli Twój budżet jest ograniczony, zamiast płacić majątek za kanapkę w samolocie albo lunch na lotnisku, lepiej zaoszczędzić kilka groszy i zjeść jakiś lokalny przysmak w miejscu, do którego zmierzasz.

O ile wodę musisz kupić po przejściu przez kontrolę bezpieczeństwa, nikt nie zabrania Ci zabrać do samolotu jedzenia. Dotarcie na lotnisko, odprawa, security control, boarding, lot, odebranie bagażu, kolejna podróż z lotniska - wszystko to może zabrać trochę czasu, a Ty zapewne zgłodniejesz. Bądź na to przygotowany - zamiast kupować jedzenie na lotnisku, miej ze sobą kanapkę, coś do przegryzienia.

7. Uważaj na koszt internetu

Korzystanie z transmisji danych podczas pobytu za granicą, może być brutalnie kosztowne. Za 1MB danych na terenie krajów 2-3 strefy (kraje europejskie poza UE oraz Turcja) zapłacisz nawet 30-40zł. Auć.

Od połowy czerwca 2017  zmieniły się zasady opłat za roaming na ternie Unii Europejskiej co może oznaczać zdecydowanie tańsze korzystanie z internetu. Zanim jednak ochoczo włączysz tryb danych komórkowych będąc za granicą, zorientuj się jak rozlicza to Twój operator

W moim wypadku - za korzystanie z telefonu i małej (serio małej, ale wystarczającej dla mnie) ilości internetu na terenie UE płacę tyle, co w Polsce. To obniża koszt wycieczki, bo po co kupować nową kartę za granicą (tu ceny są znacznie wyższe) jeżeli będę gdzieś tylko kilka dni?

Zakup karty to rozsądne rozwiązanie gdy opuszczasz Europę na dłużej. Na innych kontynentach ceny za usługi naszych operatorów mogą być dużo wyższe niż nowa, lokalna karta. 

Najlepsze rozwiązanie aby zaoszczędzić? Staraj się ograniczyć użycie internetu, albo łącz się tylko  przez sieć Wi-Fi. Ponieważ zaczęłam podróżować po Europie grubo przed tym, zanim wprowadzono te przyjazne zmiany, przyzwyczaiłam się do kompletnego braku internetu w podróży. Można? Można.

8. Sprawdź czy korzystanie z karty się opłaca


Przed podróżą sprawdź jakie opłaty Twój bank nalicza za korzystanie z karty za granicą. Jak wysoka będzie opłata za przewalutowanie? Ile będzie Cię kosztować wyjęcie pieniędzy z bankomatu? Chociaż noszenie gotówki może być kłopotliwe, a karty to wygodne rozwiązanie, używanie ich poza Polską nie zawsze jest korzystne.

Jeśli chcesz zabrać więcej gotówki zacznij wymieniać pieniądze wcześniej, lub śledź kursy walut.

Kiedy zauważysz, że euro jest tanie, wymień pieniądze "na zapas" - wymieniając je sporo wcześniej, przed wyjazdem nie będziesz czuć się obciążony dodatkowymi kosztami - gotówka będzie już na Ciebie czekać! Oszczędzisz sobie też nerwów, jeżeli kurs podskoczy akurat przed podróżą.

Zabierając ze sobą gotówkę, zapamiętaj również dwie złote zasady:
 1. Nie trzymaj wszystkich pieniędzy razem! Nie chcesz stracić wszystkiego jeżeli przez nieuwagę zgubisz portfel, lub gdy ktoś Cię okradnie.
 2. Nigdy nie wkładaj gotówki do rejestrowanego bagażu. Walizki lubią się czasem zgubić, szczególnie na lotach z krótkim transferem. Nie wiesz też, kto może mieć dostęp do Twojego bagażu.

9. Nie każdy bilet dla turysty się opłaca

Poświęć trochę czasu aby zapoznać się z informacjami o transporcie miejskim. Nie zawsze karty i bilety przeznaczone dla turystów (jak np. Paris Visite Travel Pass) są opłacalne. Spójrzmy na przykład paryskiej karty:
W najtańszej wersji bilet jednodniowy dla osoby dorosłej kosztuje 12. Normalny bilet t+ na jeden przejazd kosztuje 1,90, ale możesz kupić pakiet 10 biletów za 14,90 - Paryż to bardzo małe miasto, możesz na spokojnie przejść je wzdłuż i wszerz - poradzisz sobie korzystając z metra 2 max 4 razy dziennie, a w takim wypadku pakiet biletów starczy na na 2-3 dni. Taniej?

Można jeszcze taniej - zamień metro na rower miejski albo spaceruj! Opcja dużo zdrowsza i (masz moją gwarancję) warta widoków!

Sprawdź również ile kosztuje dojazd z lotniska do centrum. Niektóre lotniska znajdują się daleko od miasta i nie zawsze możesz na nie dojechać metrem czy pociągiem. Szukaj w internecie ofert busów które kursują między centrum a lotniskiem. Zwykle ceny przejazdu nie sa wysokie, autobusy wygodne, a pieniądze oszczędzone na taksówce pewnie starczą na konkretny posiłek dla dwóch osób.

10. Pij wodę z kranu

Zamiast rozpisywać się dlaczego warto pić wodę z kranu, zwrócę tylko uwagę na aspekt ekonomiczny. Z reguły piję całkiem dużo wody, do około 2,5 litrów dziennie. Gdy podróżując spędzam cały dzień poza domem, raczej nie wychodzę rano z dwoma litrami w plecaku - to byłaby dość ciężka droga. Uznajmy, że w moje torbie wyląduje typowa, półlitrowa butelka. Aby zaspokoić pragnienie w ciągu dnia, po drodze będę musiała kupić jeszcze 4 no albo chociaż 3 butelki. Na zachodzie Europy, głównie w lokacjach turystycznych, koszt jeden małej butelki wody może sięgnąć nawet 1 euro. 4 butelki, 4 euro, ok 17zł, a przy tygodniowych wakacjach nawet 119zł. Sporo?

Może nie we wszystkich, ale na pewno w większości Europejskich miast czy w USA kranówka jest DOBRA. Zachęcam do przestawienia się - to dobre dla naszych kieszeni i dla środowiska.

ALE UWAGA! Spędzając wakacje w krajach słabo rozwiniętych, trzymajcie się z dala od wody kranowej! Jakość pozostawia dużo do życzenia i jej spożywanie kranówki może być tam niebezpieczne. Pamiętajcie aby w egzotycznych lokacjach kupować wodę butelkowaną, najlepiej kiedy korek jest ofoliowany - wtedy mamy pewność, że jest bezpieczna do picia.

W krajach gdzie jakość wody jest wątpliwa miej na uwadze, aby nie myć nią warzyw i owoców. Do mycia zębów korzystaj z przegotowanej wody (lub butelkowanej), a zamawiając napoje w mieście poproś aby nie dokładano do nich lodu.

11. Znajdź alternatywę dla samolotu

Jeżeli przemieszczasz się pomiędzy krajami, samolot (zawsze) jest najwygodniejszą i (no nie zawsze) tanią formą podróży. Jeżeli ponad komfort liczy się dla Ciebie obniżenie kosztów wycieczki, sprawdź cenę przejazdu busem. To rozwiązanie sprawdza się przy podróżach na obszarze jednego kraju (np. busy są tańsze od pociągów w Hiszpanii, a różnica w czasie podróży nieznaczna) lub gdy odległość między krajami jest niewielka.

Podróż z Warszawy do Pragi czy Wiednia to 10-12 godzin jazdy w jedną stronę i  czasem spore oszczędności - podróż długa i trochę męcząca, ale do ogarnięcia. Sprawa jest nieco bardziej skomplikowana jeżeli ze stolicy chcemy wybrać się np. do Francji czy Włoch - i czasu szkoda i kasy też raczej nie zaoszczędzimy.

Fajnym i tanim rozwiązaniem jest BlaBlaCar.pl - "serwis łączący kierowców dysponujących wolnymi miejscami z osobami szukającymi transportu" Zależnie od kraju i popularności aplikacji możemy mieć dostęp do wielu kierowców, czyli różnych opcji godzinowych i cenowych, które zazwyczaj są niskie.

Wynajęcie samochodu/podróż samochodem sprawdzi się, jeżeli podróżujesz w większej grupie i rozkładasz koszt przejazdu na kilka osób. Podróżując solo warto szukać innych rozwiązań.

Jeszcze taniej? Mądrze zaplanuj podróż stopem - taniej się nie da!

12. Zostań królem negocjacji - targuj się!
Targi, stragany, ciągi namiotów rozstawionych przy turystycznych lokacjach, a ofercie sprzedawcy wszystko - od pamiątek, przez lokalne przysmaki, buty, "oryginalne szanelki" i cały arsenał RTV/AGD. Handlarz zapewnia nas, że cena niesamowita, że tylko dla nas i taka okazja trafia się może raz na sto lat, przy magicznym układzie gwiazd i księżycu w pełni. Otóż nie.

Targowanie się to mus, szczególnie jeżeli kupujemy w miejscach nastawionych na turystów - czyt. wszelkie targi z wyżej wymienionymi cackami. Umiejętność negocjowania cen pozwoli Ci sporo zaoszczędzić.

Ale jak się targować?
Przede wszystkim bądź cierpliwy! Przespaceruj się po targu aby sprawdzić jak często te same rzeczy pojawiają się na różnych stoiskach. Gdy upatrzysz sobie jedno miejsce, poczekaj aż handlarz do Ciebie zagada. Po usłyszeniu ceny odpowiedz, że:

→ "Stasiek obok ma to samo dużo taniej"
(Będzie chciał poznać i przebić cenę Staśka)
→ "To nie jest tyle warte" 
(Zapyta Cię o Twoją propozycję - zaniż znacznie stawkę aby potem wynegocjować coś pomiędzy)
→ "Jeżeli sprzedasz to za tyle, kupujemy wszyscy" 
(Sprawdza się gdy podróżujesz w grupie i każdy zainteresowany jest zakupem)
→ "Kupię później, sprawdzę ceny na innych stoiskach" 
(Z obawy, że już nie wrócisz, zaoferuje niższą cenę)


Poza tym bądź asertywny, konkretny i uśmiechnięty! Traktuj negocjacje jak zabawę, element
wakacji. Nie bądź obrażonym bucem, jeżeli ktoś nie chce ustać na Twoją cenę. :)

* * * 
Oto moje małe kompendium wiedzy o tanim podróżowaniu, a jak Ty organizujesz tanie wakacje? Stosujesz się do powyższych punktów, czy może masz pomysły o których nie wspomniałam? Chętnie poznam inne sposoby oszczędności w podróży :)

A jeżeli potrzebujesz zachęty do podróży, oto 20 rzeczy których nauczyłam się w trakcie roku na walizkach.

sobota, 28 stycznia 2017

Czego nauczyłam się w trakcie roku na walizkach cz. II

Sandra Dalkowska

Ten post jest kontynuacją  listy 20 rzeczy, których nauczyłam się o podróżach w 2016 roku. Był to rok który rozpoczął się niespodziewaną przygodą i zaskakiwał mnie aż do ostatniego miesiąca. Możliwość spędzenia prawie dwunstu miesięcy poza domem, w najróżniejszych zakątkach świata okazała się wyjątkową szkołą życia.


11. Miejsce w którym rozpocząłeś podróż, nie musi być Twoim miejscem na ziemi
Podróżując orientujesz się, że może niekoniecznie musisz mieszkać tam, gdzie się urodziłeś czy wychowałeś. Zaczynasz podważać swoje domyślne miejsce na ziemi i, być może, szukać nowego. Badasz nowe miejsca, zakochujesz się w nich, lub rozczarowujesz aż w końcu - bach! Nagle, w mniej lub bardziej spodziewanej lokacji czujesz, że chyba tu przynależysz. Podchodzisz do tego ostrożnie, bo w końcu w tylu miejscach Ci się już podobało i nie chcesz wyciągać pochopnych wniosków. Jednak czasami okazuje się, że czas upływa, stempli w paszporcie coraz więcej a serce dalej ciągnie do tego jednego punktu na mapie. Wow! Możliwe, że właśnie odnalazłeś swoje miejsce. A czasami orientujesz się, że Twój dom na świecie to nadal to miejsce, w którym pierwszy raz spakowałeś walizkę i wyruszyłeś w podróż. I to również jest piękne! Podróże uczą, że świat stoi otworem i to Ty decydujesz, gdzie przynależysz.

12. To, że gdzieś jest "fajnie" nie znaczy, że czas się przeprowadzać
Szukać swojego miejsca można, ale bądźmy ostrożni w osądach! Będąc turystą, czy spędzając urlopy poza granicami kraju, niejednokrotnie w głowie może pojawiać się myśl "Jak tu dobrze, lepiej niż u nas! Lubię ten kraj, mógłbym tu mieszkać!"  Ze zbyt dużą łatwością oceniamy, że gdzieś jest lepiej. Trawnik u sąsiada jest zawsze bardziej zielony. Szczególnie jeśli w trakcie krótkiego pobytu smażymy się na słońcu, popijamy kolorowe drinki, a nasze wydatki ograniczają się do jedzenia, pamiątek i umilania sobie czasu. Nie da się ocenić tego, jak żyje się w kraju po wakacyjnym wypadzie. W jednych miejscach mieszkałam przez trzy miesiące, w Paryżu zbierze się już sześć, zaraz trochę więcej, a nadal uczę się, oceniam, zbieram plusy i minusy rozważając, czy przeprowadzka to dobra decyzja. Bardzo podobało mi się w Malezji, ale nie widzę tam swojego życia. To samo mogę powiedzieć o Nowym Jorku, Pradze czy innych miejscach w którym pobyłam tylko na chwilę, a które wspominam jako świetne. Wszędzie jest polityka, wszędzie są podatki, wszędzie trzeba zarządzać pieniędzmi aby się utrzymać i każdy kraj boryka się z innymi problemami, których jako turyści zupełnie nie znamy. Nie zatrzymuję Cię przed przeniesieniem swojego życia w inne miejsce, jednak najpierw warto zastanowić się, czy u nas rzeczywiście jest aż tak źle.



13. Podróżując stajesz się sobą
Gdy podróżujesz w nowe miejsce, nikt nie ma jeszcze opinii na temat tego, jak zachowujesz się w pewnych sytuacjach, jak się wypowiadasz, ubierasz czy robisz cokolwiek, co w Twoim środowisku jest już dla Ciebie jakoś określone. A fakt, że zachowujesz się w jakiś utarty dla siebie wcześniej sposób, nie znaczy, że nie czułbyś się lepiej, zmieniając go, gdybyś miał na to odwagę. Opuszczając swoje środowisko, poznasz ludzi, których zachowanie, kultura, ubiór, wartości czy moralność będą różniły się od tych, w których się wychowałeś i żyłeś. A Ty, poznając inny sposób życia, być może odkryjesz, że jest on bardziej zgodny z tym co czujesz, co myślisz i jak chcesz żyć. Że te "nowe" wartości, które ktoś Ci przedstawił, tak naprawdę zdecydowanie bardziej Ci odpowiadają, i żyjąc zgodnie z nimi dopiero czujesz się sobą. Nie martwisz się jak ktoś oceni tę zmianę, co o Tobie pomyśli - żyjesz jak chcesz!

14. Niektóre rzeczy przychodzą po to, żeby przeminąć

"and it came to pass - i  nadeszło aby przeminąć"

Bardzo lubię ten cytat. Nie nadeszło po to, aby pozostać. Przyszło, przeminęło, coś z tego wyciągnęliśmy i życie leci dalej! Podróżowanie ma to do siebie, że wiele rzeczy "mamy" tylko na chwilę. Początkowo wszystkie rozłąki z ludźmi którym dałam kawałek serca i z miejscami w których taki kawałek serca zostawiłam, były dla mnie śmiesznie bolesne. Z jednej strony rozpierała mnie ekscytacja nową przygodą czy nowym miejsce, z drugiej jednak dołowała mnie myśl o opuszczenia tego, w którym jestem - nie chciałam aby coś, co było dobre się kończyło, a w jakiś absurdalny sposób miałam poczucie, że właśnie się kończy. Podróżowanie to wiele rozstań. Uczysz się je lepiej znosić, bo rozłąka staje się codziennością. Z czasem nauczyłam się, że tak to już wygląda. Coś przyszło, żeby przeminąć i cała sztuka polega na docenianiu tych krótkich, wzbogacających nas w pewien sposób chwil, ludzi, wspomnień. Myślę, że to fajny, zdrowy sposób patrzenia na życie.

15. See you! zamiast Goodbye
W mojej branży "ludzi podróżujących", mamy nawyk mówienia "see you soon/somewhere" zamiast "goodbye", gdy nadchodzi dzień rozłąki. Podróżowanie nauczyło mnie, że żadna odległość nie jest granicą i chociaż czasami niektóre sytuacje wydają się nieprawdopodobne, zawsze masz szansę spotkać się z ludźmi, których poznałeś na końcu świata i wrócić do miejsc w których się zakochałeś. W trakcie tego roku bez wspólnego planowania wylądowałam z przyjaciółką (poznaną w drodze) w trzech różnych miejscach na ziemi i to nie na jednym kontynencie! A w trakcie wielogodzinnej przesiadki między lotami spotkałam dawno niewidzianego kumpla, który też wracał z podróży. Nie ma co się żegnać! Świat jest mniejszy niż się wydaje.




16. Nie chcesz przestać podróżować
A im dłużej podróżujesz, tym trudniej jest powiedzieć stop. Wierzę, że niejednokrotnie słyszałeś określenie "travel bug" - jak już raz Cię ugryzie, chorujesz przez całe życie. A jedynym lekarstwem jest ponowne wyruszenie w drogę. Jeżeli ktoś wie, jak na dobre przestać podróżować i nie czuć nostalgii, że coś wspaniałego już przeminęło - proszę o kontakt! Póki co wychodzę z założenia, że gdy zaczniesz podróżować, nie możesz przestać. Chcesz się przemieszczać, pozostawać w ruchu, odkrywać nowe miejsca, kultury, ludzi! Każdy powrót do domu wydaję się być fajny na chwilę. Gdy tylko poczujesz, że wracasz do starej rutyny a gdzieś tam płoną ogniska, szumią oceany i kokosy spadają z drzew - od razu chcesz się spakować i ruszyć dalej. Najlepiej tego samego dnia. Po każdym powrocie do domu już po dwóch tygodniach czułam, że czas w drogę. Że siedzenie w miejscu w jakiś dziwny sposób powoli zabija moją codzienną spontaniczność i głód przygody.


17. Podróżowanie nie zawsze jest komfortowe 
Życie w podróży dla tych, którzy sami go jeszcze nie spróbowali wydaje być się wieczną sielanką. Oczywiście - możliwość zobaczenia kawałka świata to jak spełnienie snu, jednak nie zawsze jest kolorowo. Czasami śpi się na lotniskach, czasami hostel to ruina, czasem w mieszkaniu więcej robactwa niż mieszkańców w budynku. Nie na każdym łóżku się wyśpisz, nie każdym posiłkiem zaspokoisz głód. Zdarzy się, że ktoś Cię okradnie, ktoś oszuka, zatrujesz się czymś, zabraknie  Ci pieniędzy, nie zdążysz na autobus i spędzisz długi czas próbując złapać stopa. Aby nie przeciągać - niektóre miejsca nas rozczarują, niektórzy ludzie skrzywdzą a niektóre sytuacje przerosną. Podróżowanie nie zawsze jest komfortowe. Przez rok przyszło mi mieszkać w różnych warunkach i radzić sobie w różnych trudnych sytuacjach, jednak przez pryzmat czasu - nie są to pierwsze rzeczy które wspominam. O ile nie zabookowałeś wakacji all inclusive w pięknym kurorcie, istnieje prawdopodobieństwo, że jakiś element Twojej podróży nieco odbiegnie od idealnego obrazu. Podróżowanie nie zawsze jest komfortowe, ale czasami ten dyskomfort w pewien sposób dodaje smaku podróży. I może być źródłem najlepszych historii opowiedzianych po powrocie!

18. Życie w podróży to ciągła tęsknota
Na początku tęsknisz za domem i najbliższymi. Właściwie - za tym tęsknisz cały czas, to jak bardzo to kwestia tego jak długo jesteś w podróży i jak dobrze, lub źle jest Ci w miejscu, w którym aktualnie przebywasz. Ale jeśli jest dobrze i zakochujesz się w miejscach i ludziach na drugim końcu świata, to gdy tylko przyjdzie Ci wrócić do domu, lub  przenieść się do innej lokacji, cała Twoja tęsknota zostanie przetransferowana na tych ludzi, których znałeś tak krótko i na te miejsca, które ledwo odkryłeś. I tak w kółko. A zresztą, jeśli przestaniesz podróżować - tęsknisz za podróżami!

19. Ludzie są dobrzy i pomocni
Od dziecka uczy się nas, aby nie ufać nieznajomym. My jako dorośli jesteśmy bardzo ostrożni i nieufni jeżeli chodzi o intencje obcych. W wiadomościach naokoło trąbi się o złych rzeczach, co kto komu zrobił, jak kogoś skrzywdził. Łatwo jest z góry skazać gatunek "na straty". Podróżując, niekoniecznie samotnie, znajdziesz się w wielu sytuacjach, w których będziesz polegał na pomocy zupełnie obcych ludzi. I Ci obcy mogą Cię przenocować, przewieźć, czy nakarmić. Nierzadko nie będą mówić po angielsku i cała komunikacja będzie opierała się głównie na gestykulowaniu. I wiecie co? Ci ludzie mimo wszystko nadal będą starali się Ci pomóc. Nie chcę mówić, że nie ma złych ludzi i bezgraniczna ufność i nieostrożność nie jest mądra, jednak pokłady życzliwości którymi obdarzono mnie w tym roku i wszystkie pomocne dłonie które do mnie wyciągnięto wzmocniły moją opinie o tym, że ludzie po prostu są dobrzy.

20. Powroty do domu są ważne
Podróżowanie jest wspaniałe, ciągłe przemieszczanie się z kraju do kraju i poznawanie obcych kultur jest niezwykłym doświadczeniem, jednak powroty do domu również są istotnym elementem. To jak często musisz wracać zależy od Ciebie - niektórzy wracają po kilku tygodniach, inni miesiącach czy latach. Powrót do domu to dobry moment aby na chwilę odsapnąć od życia w drodze i emocji które mogą temu towarzyszyć, znaleźć chwilę czasu aby na spokojnie zaplanować kolejne wyprawy, być może zarobić na nie więcej pieniędzy (nie oszukujmy się, że można podróżować za darmo). A przede wszystkim aby zobaczyć się z najbliższymi! No i aby wyspać się we własnym łóżku. Nic nie pobija pierwszej nocy we własnym łóżku po długiej nieobecności w domu!


poniedziałek, 9 stycznia 2017

Czego nauczyłam się w trakcie roku na walizkach? cz. I

Sandra Dalkowska

Rok 2016 dla mnie był zdecydowanie rokiem "na walizkach" -  wreszcie zaczęłam spełniać swoje marzenie o podróżowaniu na pełen etat i chociaż spędziłam prawie 50 tysięcy kilometrów w drodze nadal mi mało! (Jeśli chodzi o podróże, mój głód chyba nigdy nie zostanie nasycony) To był rok który rozpoczął się niespodziewaną przygodą i zaskakiwał mnie aż do ostatniego miesiąca. Podczas tego czasu największą wartością byli ludzie których poznałam, wspomnienia które z nimi stworzyłam i wszystkie lekcje które dostałam.

A tych było sporo! Możliwość spędzenia prawie dwunastu miesięcy poza domem w najróżniejszych zakątkach świata to wyjątkowa szkoła życia. Z okazji Nowego Roku postanowiłam zebrać kilka refleksji odnoszących się głównie do samego podróżowania i podzielić się nimi z wami. Czego nauczyłam się o podróżach?

1. Nie ma czegoś takiego jak "must see"
Ten kto nigdy nie zerknął do przewodnika, bądź nie wkilkał w google "co warto zobaczyć w..." przed podróżą, niech pierwszy rzuci kamień! Rzeczywiście - sprawdzanie tego, co jest warte odwiedzenia, to dobry pomysł. Sama często korzystam z takiej formy dokształcenia się przed podróżą, ale nie warto wpadać w pułapkę rzeczy "które musisz zobaczyć" - nic nie musisz! Większość przewodników opływa w hasła typu:
Musisz zobaczyć wieżę Eiffla w Paryżu!
Big Ben to punkt obowiązkowy podczas wycieczki do Londynu!
A jeżeli podczas wycieczki do NY pominąłeś Time Square, to już w ogóle płoń na stosie. Ja Time Square nie lubię i zawsze gdy musiałam przeciąć tę ulicę w pośpiechu, tłum doprowadzał mnie do białej gorączki. Większość z nas przed podróżą przegląda blogi i strony w poszukiwaniu informacji o tym, co może zaoferować nam dane miejsce. To oczywiste! Skoro inwestujemy swój czas i pieniądze w podróż, chcemy z niej jak najwięcej wyciągnąć. Ale to jak będzie wyglądała Twoja wycieczka, jakie punkty się w niej znajdą i co jest dla Ciebie cenne - zależy tylko do Ciebie. I jeżeli w ogóle nie obchodzi Cię Luwr, Koloseum czy inne "must see" - nie marnuj na to swojego czasu tylko dlatego, że  ktoś napisał "trzeba".

2. Nabywasz wiele cech przydatnych w życiu prywatnym i zawodowym
Podróżowanie sprawia, że umiejętniej radzimy sobie w nagłych, stresujących sytuacjach - ilość milszych i tych zdecydowanie mniej miłych okoliczności, w których się znaleźliśmy podczas podróży, nauczyła nas, że z każdego bagna da się wyjść, a każdy dramat rozwiązać. Dużo lepiej radzimy sobie z "małymi" problemami, które potencjalnie mogą być bardziej stresujące dla osób, nie mających z nimi nigdy styczności. Będąc zdanymi na siebie, stajemy się zaradni, bardziej zorganizowani i odpowiedzialni - takie ekspresowe dorastanie. Szybko się adaptujemy, jesteśmy bardziej elastyczni, entuzjastyczni wobec nowych rzeczy, nie boimy się zmian i jesteśmy otwarci na ludzi. To fajne cechy! Mogę Cię zapewnić, że prócz ogólnej przydatności w życiu, wykazując się nimi zapunktujesz u potencjalnego pracodawcy.


3. Nie każde miejsce spełnia nasze oczekiwania
Słyszeliście o "syndromie paryskim"?

Syndrom paryski – dolegliwość występująca u turystów, najczęściej japońskich, którzy odwiedzając Paryż odkrywają, że miasto nie spełnia ich oczekiwań, a ich wymarzony czy znany z mediów obraz Paryża różni się w znaczący sposób od rzeczywistości.  ~ wikipedia

Moim największym marzeniem gdy byłam nastolatką (później znacznie się to zmieniło) był Nowy Jork. Przez lata chłonęłam stereotypy, wzniosłe hasła i piękne kadry z filmów. Cały ten szał sprawił, że nie nigdy nie widząc miasta na własne oczy, byłam pewna, że je POKOCHAM. Aż w końcu udało mi się tam polecieć. Jeszcze w samolocie trzęsłam się z ekscytacji i, rzeczywiście, przez pierwsze dwa dni wszystko było wow! Ale później? ... już nic. Spodziewałam się czegoś więcej, wiele więcej. Miałam ogromne oczekiwania. Niestety nie każde miejsce jest w stanie sprostać tym oczekiwaniom, które kreujemy sobie przed podróżą. A im bardziej wytwarzamy w głowie konkretny obraz jakiegoś miejsca, tym bardziej możemy być rozczarowani. ALE! Mimo tych niewielkich (czy ciut większych) rozczarowań dalej możemy cieszyć się miejscem które odwiedzamy, uczyć się i poznawać jego kulturę - bo podróż do żadnej destynacji nie jest bezsensowna!

4. Znajomość tylko i aż jednego języka obcego to za mało
Im więcej podróżujesz, tym częściej zdajesz sobie sprawę z tego, że angielski to jednak za mało. Choć z jego znajomością na spokojnie możesz zwiedzać świat, umiejętność posługiwania się innymi językami obcymi otwiera zupełnie nowe możliwości i pozwala doświadczyć podróży w inny, nieco bogatszy sposób. Ty czujesz się bardziej "wgryziony" w miejsce które odkrywasz, a miejscowi reagują na Twoją osobę nieco pozytywniej. Za każdym razem gdy w Paryżu staram się komunikować moim "Kali-próbować-mówić" francuskim, mam wrażenie, że Francuzi są zdecydowanie przyjaźniejsi. Dodatkowo żyjąc w drodze otaczasz się obcymi językami. Nowe słowa są na znakach informacyjnych, produktach spożywczych, w radiu i rozmowach ludzi siedzących obok w metrze. Nie zauważając tego, w jakimś stopniu chłoniesz tą wiedzę - i chcesz więcej!



5. Podróżując nie uciekniesz od problemów
Szczególnie tych wewnętrznych. Uciekać możesz co najwyżej od rutyny, nudy, z negatywnego środowiska czy w poszukiwaniu lepszej pracy, życia lub wrażeń. Nie wpadaj w pułapkę ucieczki (bo tak można nazwać tę "podróż") dlatego, że zupełnie z czymś sobie nie radzisz, lub jesteś zmęczony psychicznie. Mogę zapewnić, że problemy dogonią Cię w ekspresowym tempie. I odczujesz je jeszcze intensywniej niż w domu, wśród rodziny i przyjaciół na których wsparcie często można liczyć. Jeżeli jest źle, należy podróżować do domu, czy do psychologa - nie w nieznane, gdzie prócz tych problemów które ze sobą nosisz, dojdą kolejne, związane z podróżą.

6. Stajesz się podatniejszy na nowe przyjaźnie, miłości
Zwłaszcza jeśli podróżujesz samotnie! Żyjąc w drodze spotkasz wiele osób, a niektóre z nich na dłużej zagoszczą w Twoim sercu. Będąc daleko od domu, od rodziny i przyjaciół, a nadal zmagając się z radościami i smuteczkami dnia codziennego, dużo szybciej angażujesz się w nowe znajomości. Obcy bardzo szybko stają się bliżsi, a my, trochę osamotnieni na obczyźnie jesteśmy podatni na wszelkie uczucia. Niektóre z tych znajomości po powrocie do domu kończą się równie intensywnie i szybko, co się zaczęły, co czasami łamie nam później serce, jednak w wielu przypadkach Ci ludzie którzy okazali się przyjaciółmi hen daleko, pozostają nimi nawet gdy dzieli was duży dystans.

7. Więcej wiedzy, mniej ignorancji
Powtórzę utarte już zdanie "podróże kształcą", czy raczej jak to uzupełnia Jacek Walkiewicz - tych wykształconych. Jeżeli w drogę wyruszasz z otwartym umysłem i prócz zrobienia ładnej foty na fejsa chcesz chłonąć wszystko, co oferują nowe miejsca - kulturę, historię, obyczaje - z każdej podróży wrócisz wzbogacony o ogromny zapas wiedzy. Takiej, która zostanie w głowie na długo. Dużo dłużej niż sucha teoria z podręczników. Dodatkowo prawdopodobnie wyzbędziesz się stereotypów, nieuzasadnionej nienawiści i ignorancji - na to co piękne, ale też niewłaściwe wokół nas.



8. Warto rozmawiać z lokalnymi!
I zadawać im pytania! Jak najwięcej pytań! Z otwartością względem turystów bywa naprawdę różnie - co kraj, to inni ludzie, a tych też nie ma co generalizować. Ogółem jednak miejscowi chętnie dzielą się swoją wiedzą z obcokrajowcami, którzy rzeczywiście wykazują chęć w dowiedzeniu się czegoś więcej. A wiedza ta jest na wagę złota! W Indonezji przy praktycznie każdej rozmowie zarzucałam ludzi pytaniami. O sposób życia, kulturę czy religię - które były tak różne i o których właściwie nie miałam zielonego pojęcia. Wielu zachowań nie rozumiałam - więc pytałam! Nawet gdy pytania poruszały nieco kontrowersyjne tematy, na wszystkie dostałam odpowiedź.
Kolejnym razem ruszając w podróż, zamiast wciskać nos w papierowy przewodnik, schowaj go do torby i spróbuj porozmawiać z mieszkańcami miejsca które odkrywasz. Zapewniam Cię, że na pewno mają coś ciekawego do powiedzenia.

9. Podróżowanie solo nie jest takie straszne
Rozmawiając ze znajomymi zauważyłam, że wiele osób z niechęcią myśli o podróżach solo. Na myśl o wyprawie w pojedynkę nie czujemy się zbyt bezpiecznie, obawiamy się, że nie będziemy się dobrze bawić czy też nie poradzimy sobie. Uważam, że każdy chociaż raz powinien spróbować samotnej podróży, to zupełnie inne doświadczenie, niż zwiedzanie świata z partnerem lub w grupie. Po prostu. Bardziej skupiasz się na tym co jest dookoła Ciebie, nie jesteś od nikogo zależny, sam zarządzasz swoim czasem. Polegając tylko na sobie, bardzo szybko uczysz się jak radzić sobie w różnych sytuacjach, również tych kryzysowych. Nie masz pod ręką kumpla, którego możesz szturchnąć pod ramię, żeby coś załatwił "bo ogarnie to lepiej", "bo ty nie wiesz co zrobić", "bo ty nie znasz tak dobrze języka", "bo ty się wstydzisz" i jeszcze więcej bo, bo, bo. Za to często masz dookoła siebie ludzi, którzy służą pomocą!

10. A podróżując samotnie wcale nie musisz być sam/a
Brzmi trochę bez sensu? Jeżeli wyruszasz w samotną podróż, nie łudź się, że przez cały ten czas będziesz cieszyć się tylko swoim towarzystwem. No, chyba że wybierasz się na wyprawę w dzicz, jednak zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że jakiś podróżnik obrał podobny szlak.
Kiedy podróżujemy solo poznajemy ludzi w dużo szybszym tempie, niż podróżując z grupą znajomych. Ja stwierdzę, że człowiek to "zwierzę stadne" i prędzej czy później potrzebuje towarzystwa drugiej osoby, a gdy nie jest ono zapewnione z góry, staje się dużo bardziej otwarty na nowe znajomości. Zwiedzając samotnie Nowy Jork poznałam studenta z Danii, z którym później zwiedziłam pół miasta, pod koniec dnia czując się, jakbym rozmawiała z dobrym kumplem. Raz nieznajoma dziewczyna zagaiła mnie, gdy karmiłam gołębie w Paryżu, ktoś inny zaczął rozmowę od narzekania na pobliskie muzeum, czy spóźniający się pociąg. Na Bali zakumplowałam się z surferami, a gdzieś podczas nocnej wspinaczki na wulkan - z rosyjską parą turystów odbywających podróż poślubną. W tym roku zdarzyło mi się podróżować solo - ale nigdy nie byłam samotna.

To jedna z moich ulubionych części podróżowania - wszyscy ludzie których spotykasz na swojej drodze. Jednych na dzień, innych na tydzień, a z niektórymi możesz zostać w kontakcie przez miesiące czy lata. Warto być otwartym!

Ciekawskich zapraszam do dalszej lektury i zapoznania się z drugą częścią listy 20 lekcji wyciągniętych z życia w podróży.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Niemowlaki na skuterach i inne absurdy ruchu drogowego w Jakarcie

Sandra Dalkowska

Wierzę, że tytuł tego posta brzmi równie absurdalnie co sam widok niemowlaków na skuterach, ale o tym za chwilę. Wyobraźcie sobie kilkupasmowe drogi, na których w korku stoi cały sznur samochodów. Między nimi jeszcze więcej skuterów, które wykorzystują najmniejszą przestrzeń między autami, byle tylko przecisnąć się i przejechać kilka metrów dalej. Warkot silników, żar lejący się z nieba i  handlarze podchodzący do okien aby sprzedać wodę, przekąski czy totalnie randomowe przedmioty. Voila! Typowe południe na drodze w Jakarcie! O ruchu drogowym w stolicy Indonezji można mówić dużo, jednak zdaniem najlepiej opisującym całokształt będzie - "Jakoś to funkcjonuje, ale nie wiem jakim cudem".

WĄTPLIWE ZASADY RUCHU DROGOWEGO


Pierwsza rzecz która zaskoczyła mnie w Jakarcie! Już w drodze z lotniska zszokowana patrzyłam na to jak beztrosko mój kierowca, sam otoczony gąszczem skuterów, lawiruje między samochodami. Znaki drogowe? Może gdzieś kilka się znajdzie. Sygnalizacja świetlna? Ależ po co! W połowie drogi zorientowałeś się, że jedziesz w złą stronę i nagle chcesz zmienić kierunek? Można przejechać kawałek pod prąd, nie ma problemu! Twój skuter nie mieści się na zapchanej już drodze? Skorzystaj z chodnika! Brzmi ekstremalnie? Na autostradach te "zasady" może nie obowiązują, ale poruszając się po nieco mniejszych drogach w mieście tak to właśnie wygląda. Szczerze mówiąc przez swoje pierwsze dni w Jakarcie nie za bardzo wiedziałam jak przejść przez ulicę, gdy w pobliżu nie było żadnych świateł (czyli praktycznie zawsze). Bo samochodów jest mnóstwo, a jeśli nie stoją w korku to nikt nie planuje się zatrzymać. Początkowo czekałam wieki, aż w końcu jakiś Azjata postanowi przejść na drugą stronę, żebym ja mogła szybciutko pobiec za nim. W końcu jednak odkryłam indonezyjską zasadę "Magicznej ręki". Czemu magiczna? Bo zatrzymuje samochody. Chcesz przejść przez ulicę? Wyciągnij otwartą dłoń w kierunku z którego nadjeżdżają samochody i... idź! Oczywiście zachowując resztki rozwagi! Kierowcy widząc dłoń zwalniają a Ty, BRAWO, przedostałeś się na drugą stronę ulicy.


ULTRADŁUGIE KORKI

źródło: wsj

O tych "sporych korkach" w Jakarcie słyszałam jeszcze przed wylotem do Indonezji, nie zdawałam sobie jednak sprawy z ich skali. W końcu w Warszawie też mamy "spore korki", na które non stop narzekamy, prawda? Dzisiaj wiem, że dopóki nie dane mi było mieszkać w Jakarcie, nie miałam pojęcia co to znaczy utknąć w korku. Czasami mam wrażenie, że w trakcie 3 miesięcy w Indonezji połowę tego czasu przesiedziałam w samochodzie, stękając że rzucam to wszystko i wracam na piechotę. Żeby nieco zobrazować skalę horroru, przedstawię parę liczb:

  • W 2015 roku Jakarta uzyskała zaszczytne, pierwsze miejsce jako najbardziej zakorkowane miasto świata
  • W całej Indonezji w 2012 zarejestrowano prawie 80 milionów skuterów.
  • Badania z 2015 roku wykazały, że w ciągu doby można doliczyć się aż 2,5 miliona osób dojeżdżając do pracy poza i do Jakarty.
  • A 70% osób dojeżdżających codziennie do Jakarty woli używać własnego samochodu/skutera zamiast komunikacji miejskiej.

Jeśli do tego wszystkiego dodamy mieszkańców przemieszczających się po metropolii samochodami, resztę skuterów, taksówki i przeróżne minibusy mamy idealny przepis na korek wszechczasów. I tak codziennie! Indonezyjczycy nie lubią chodzić. Zdaję sobie sprawę z tego, że Jakarta nie jest miastem dla spacerowiczów, jednak niektórzy mieszkańcy wolą wsiąść na skuter, niż przejść banalnie krótkie odległości. Gdy raz próbując wydostać się z wielkiego korka zaproponowałam kierowcy, że te 2 kilometry które mi zostały przejdę na piechotę, był w szoku, że planuje AŻ TYLE iść.

Kiedyś przeczytałam, że "przeciętny mieszkaniec Jakarty spędza w korku 10 lat swojego życia" Czy to prawda? Po trzech miesiącach w tym mieście jestem w stanie w to uwierzyć.


KOMUNIKACJA MIEJSKA, CZY RACZEJ JEJ BRAK

źródło: jakartainformer

Zacznijmy od tego, że Jakarta to miasto większe niż Warszawa, a nadal pozbawione rozwiniętej komunikacji miejskiej. Miasto nie jest przyjazne dla osób które preferują piesze przechadzki, ani warunki, ani temperatura a tym bardziej odległości między miejscami nie zachęcają do spacerów z punktu a do punktu b. Jak zatem poruszać się po mieście? Jest jakiś pociąg, jednak podróże nim nie należą do najbezpieczniejszych. Są pozbawione drzwi, malutkie busy lub mikrolety w których komfort jazdy równy jest opieraniu podbródka na kolanach. Idealne dla tych, którzy w podróży lubią się gubić - jako turysta wiesz, że prawdopodobnie gdzieś jadą, ale nie masz zielonego pojęcia gdzie. Najlepszą opcją jest autobus transjakarta, którym podróż jest stosunkowo tania, ma własny buspas (czytaj: nie musisz urozmaicać swojej podróży cichym szlochem "bo to już trzecia godzina w korku") i pomimo, że nie ma określonego rozkładu jazdy, jeżdżą dość często. Niestety nie dojeżdżają wszędzie, dlatego też na ulicach pełno taksówek, ojeków - czyli taksówkarzy na skuterach i prywatnych samochodów, oraz motocykli.

NIEMOWLAKI NA SKUTERACH


I ostatni, tytułowy punkt. Ogólnie ludziom żyjącym w Europie dość ciężko jest wyobrazić sobie sytuację ze skuterami w stolicy Indonezji, nie widząc tego nigdy na własne oczy. A sytuacja jest przerażająca: zaczynając od liczby skuterów na ulicach Jakarty, aż po ilość Indonezyjczyków, których można zmieścić na jednym skuterze - czwórka to nie problem! Przy wiecznych korkach, tłoku na drogach i wątpliwych zasadach ruchu drogowego nie trudno o częste stłuczki, dlaczego więc 'bezmyślni' Azjaci podróżują w ten sposób, narażając na niebezpieczeństwo również swoje maluchy? Odpowiedź którą usłyszałam od lokalnych: bo nie mają wyjścia. Wspomniałam już, że Jakarta jest miastem na tyle dużym, że zmotoryzowany środek transportu jest niezbędny, aby się po niej przemieszczać. Te opcje komunikacji, które dla nas wydają się stosunkowo tanie, dla najbiedniejszych mieszkańców stolicy niekoniecznie są osiągalne. Co więcej, w indonezyjskich realiach zdobycie i utrzymanie skutera (paliwo jest bardzo tanie), to często stosunkowo niewielki koszt, dlatego też dla wielu rodzin jest to najbardziej dogodny środek transportu: nie trzeba płacić za bilet dla każdego podczas przejazdów, możesz ominąć większość korków i dojechać dokładnie tam gdzie chcesz. Dodatkowo dla niektórych mieszkańców Jakarty to dodatkowe źródło zarobku, poprzez wykorzystywanie skuterów jako "ojek" - nielicencjonowane taksówki, które za ustaloną sumę (uważaj, turysto jak się targujesz) przewiozą Cię w wybrane miejsce. A co z kaskami? Wydaje mi się, że zdobycie normalnego kasku jest mniejszym wyzwaniem, niż zakup czegoś na dziecięcą główkę. Poza tym nie słyszałam o kaskach dla niemowlaków.


Wiecie co bardziej zszokowało mnie od samej formy ruchu drogowego w Jakarcie? Fakt, że już po miesiącu wszystko to zaczęłam traktować jak coś normalnego. Dziecko odrabiające pracę domową siedząc jako pasażer moto-taksówki? Okej.  Rodzina z dwójką malutkich dzieci na skuterze? Nic nowego. Beztroskie zatrzymywanie samochodów gestem dłoni? Można!
To zabawne, ale jakimś cudem ruch drogowy jakoś tu "funkcjonuje".
Jednak jak widzicie - nie bez wad!

sobota, 16 lipca 2016

'Not spicy, please' czyli jak smakuje Indonezja

Sandra Dalkowska

"Próbowałaś już lokalnego jedzenia?" to jedno z ulubionych pytań Indonezyjczyków których poznałam, niezależnie od tego czy mówiłam, że mieszkam w Jakarcie od 3 dni czy 3 miesięcy. Szczerze mówiąc, ciężko go nie spróbować - chociażby dlatego, że europejskie rarytasy nie należą do najtańszych (tęsknotę za brzoskwiniami rekompensował mi tylko szeroki wybór egzotycznych, pysznych owoców, które w Europie mają kosmiczne ceny) Poznawanie kulinarnego zaplecza krajów które się zwiedza, to inna sprawa. Choć indonezyjska kuchnia jest dość zróżnicowana, dla mnie przez większość wyjazdu wszystko kręciło się wokół kurczka. I ryżu. Gdyby ktoś chciał abym jednym słowem odpowiedziała na pytanie "co je się w Indonezji" - RYŻ. Na śniadanie, obiad, kolację, w formie przekąski. Ryż dostaniecie wszędzie - nawet w KFC czy McDonaldzie, w których gdy jesteście hen daleko od domu, na emigracji, szukacie jakiegoś znajomego smaku, który ociepli serduszko i pozwoli poczuć się jak u siebie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że gdyby nie ten nieszczęsny ryż, nawet biedny McDonald nie miałby klientów. Chyba mało prawdy w tych lokalnych mądrościach, ale who knows? To w końcu Indonezja!


Podróże kulinarne nie są moją mocną stroną - gdy dostaję menu, z którego nie rozumiem praktycznie ani jednego słowa, zawsze wybieram bezpieczną opcję - śmiesznie, co? Dlatego właśnie moja Indonezja płynęła ryżem i ayamem (kurczakiem) w najróżniejszych postaciach. Ale Indonezja to dużo więcej niż kurczak.

Indonezja pachnie kuminem i grillowanym jedzeniem z ulicznych budek, nad którymi sanepid załamałby ręce. To intensywne, aromatyczne smaki, albo bardzo słodkie albo jeszcze bardziej ostre. Obok kolorowych, barwionych najczęściej na zielono słodkości i zdecydowanie przesłodzonych napojów, mamy pikantny sambal. Sambal, czyli lokalny sos chilli, wydaje się być dla indonezyczyków nieodłącznym składnikiem większości potraw - nawet sałatki owocowej (Wyobraźcie sobie moje zdziwienie gdy moczyłam ananasa w, jak mi się zdawało, słodkim sosie orzechowym)  Jeżeli Twoje kubki smakowe nie przywykły do takich smaków, po kilku przygodach z ostrym indonezyjskim jedzeniem każde zamówienie zaczniesz poprzedzać krótkim "please, not spicy". Indonezja to soczyste ananasy, mangostany, pitaje, sirsaki, salaki i słynne duriany. To słodki sos sojowy, mleko kokosowe dodawane do większości potraw, sos z orzeszków ziemnych, tofu, owoce morza i jajka będace elementem wielu lokalnych dań.
Indonezja jest pełna smaków i zapachów. I, choć tak może się na początku wydawać, jest tu znacznie więcej niż ryż. Ryż z kurczakiem, oczywiście!


A jeśli już skusisz się na indonezyjską kuchnię, nie bądź zdziwiony gdy zamiast noża i widelca dostaniesz... łyżkę. To jeden ze zwyczajów który naprawdę mnie zaskoczył - tutaj łyżką je się dosłownie wszystko. Czy to zupa, ryż czy kurczak, wszystko czego potrzebujesz to łyżka w prawej dłoni i ew. lewa dłoń do pomocy (nie na odwrót, według indonezyjskiej kultury lewa ręka uważana jest za "nieczystą") Dawno temu myślałam, że zdolność jedzenia pałeczkami to wyczyn, spróbujcie pokroić steka łyżką!

Tyle rzeczy do wyboru, więc czego spróbować w trakcie krótkiego pobytu w Indonezji? Najlepiej zamknąć oczy przejeżdżając palcem po menu i wybrać losową potrawę na której się zatrzymałeś i której nazwy zupełnie nie rozumiesz. Pozwolić sobie na ten dreszczyk oczekiwania (bo w końcu nie masz zielonego pojęcia co zamówiłeś) a potem płakać, że za ostre.


1. Durian

"Najbardziej śmierdzący owoc świata". W niektórych miejscach występuje zakaz wnoszenia go do taksówek, autobusów czy centr handlowych (w samej Indonezji się z tym nie spotkałam) ze względu na intensywny, nieprzyjemny zapach. Wchodząc do sklepu nie musisz pytać czy jest w sprzedaży - jeżeli jest, poczujesz. Czy rzeczywiście jest tak źle? Według mnie niezupełnie, chociaż może po prostu przywykłam do jego zapachu (w spożywczaku na dole mieli durianów pod dostatkiem) Z durianem zapoznałam się na, wątpliwej czystości, chinatown w Semarangu. Przemiły, starszy pan zaserwował mi pokrojony owoc w mleku kokosowym, z dodatkiem bliżej niezidentyfikowanych żelek (?), które nieco niwelowały intensywny smak duriana. Jak smakuje durian? Ciężko sprecyzować smak, którego nie umiesz z niczym porównać - Durian jest słodkawy, soczysty ale mi nieco kojarzył się z posmakiem roślin strączkowych (czego Indonezyjczycy zupełnie nie rozumieli) Moja indonezyjska koleżanka śmiała się, gdy uznałam, że "to przecież nie owoc!". W skrócie, chociaż smakuje zdecydowanie lepiej niż pachnie, po paru większych gryzach spasowałam. 

2.  Kopi luwak

Jedna z najdroższych na świecie, kawa przy której produkcji sporą rolę odgrywają puchate łaskuny. Wbrew pozorom - w Indonezji, czyli w miejcu z którego pochodzi, nie jest tak tragicznie droga. Luwaki zjadają tylko najlepsze (tak głoszą legendy) owoce kawowca, jednak nie trawią jego nasion - te po lekkim sfermentowaniu w przewodzie pokarmowym są wydalane. Następnie nasiona są oczyszczane i prażone, a parzona z nich kawa ma delikatny, karmelowy smak. Kopi luwak można było uznać za bardziej luksusową i ekskluzywną gdy łaskuny żyły spokojnie na wolności, a produkcja nie była uprzemysłowiona. Aktualnie ze względu na wysokie ceny i popyt na "ekskluzywny" produkt kłusownicy łapią łaskuny i trzymają zwierzęta w klatkach, karmiąc je jedynie wyżej wspomnianymi owocami, przez co umieralność zwierzaków jest bardzo wysoka. Mimo wszystko nadal możemy kupić kawę od producentów, którzy chlubią się tym, że przy produkcji kawy "pomagają im" tylko dzikie łaskuny.

3. Nasi goreng
Danie numer dwa (zaraz po padang ayam z ryżem) jeżeli chodzi o częstotliwość z jaką się z nim spotykałam. Szczególnie w formie lunchu w pracy. Nasi goreng to po prostu smażony ryż. Najczęściej podawany z warzywami, indonezyjskimi przyprawami i jajkiem.

4. Woda z kokosa

Ale nie taka z kartonika, świeża! Najlepiej kupionego od lokalnego tragarza, gdzieś przy drodze za równowartość 3-4zł. Zrąbany na świeżo owoc dostajesz w zestawie ze słomką i foliową, zwykłą reklamówką w którą jest pakowany aby nie przeciekał. Moje ulubione rozwiązanie na balijskie upały.
PS trochę słaby pomysł, żeby wybierać się z takim kokosem na dłuższy spacer (been there, done that) - samej wody jest w nim bardzo dużo, a owoc sporo waży.

5. Satay ayam
Prościej: szaszłyki z kurczaka z sosem orzechowym. Choć połączenie może wydawać się mało oczywiste to smakuje pysznie! W indonezji ogólnie uwielbiają sos z orzeszków ziemnych, trzeba jednak być ostrożnym, bo dość często mieszają go z chilli. Jak wszystko zresztą.

6. Martabak
Coś dla fanów słodkości. Pamiętam jak drugiego dnia w Jakarcie model którego spotkałam w pracy wymieniał mi rzeczy, których powinnam tu spróbować. O martabaku mówił przynajmniej dziesięć razy i, po tym jak wreszcie sama go spróbowałam, nie dziwię się! Teoretycznie nic niezwykłego, bo puchaty naleśnik z rożnym wypełnieniem do wyboru, ale już przy pierwszym kęsie przez żołądek trafił prosto do mojego serca. Ten czekoladowy z nutellą najlepszy - jak się zasłodzić, to na maksa.

7. Gado-gado
Jedna ze zdrowszych pozycji w indonezyjskim menu - sałatka warzywna podawana z tofu, jajkiem (oczywiście) i sosem z orzeszków ziemnych (oczywiście). Lokalni do smaku nie omieszkając dodać sosu chilli (oczywiście). 

A gorący dzień najlepiej zakończyć lokalnym piwem - Bintangiem.